Forum Komnata Hotaru Strona Główna Komnata Hotaru

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Pójdźmy wszyscy się narąbać

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Komnata Hotaru Strona Główna -> Świat według wielbicieli Normala
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Sob Lis 09, 2013 4:52 pm    Temat postu: Pójdźmy wszyscy się narąbać Odpowiedz z cytatem

Pójdźmy wszyscy się narąbać
- czyli aluzje, żaluzje oraz iluzje. I łosionifer...


Plakat teatralny wkrótce



Akt I

Teatr Komnata, jak każdego roku, przedwcześnie zaczyna zapełniać się widzami. Stali bywalcy, wprawieni w dziedzinie survivalu, przybyli zaopatrzeni w dodatkową warstwę odzieży, koce, śpiwory, a także kubki gorących napojów. Nowi przybysze rozglądają się niepewnie. Zastanawiając się, czy nie doczytali drobnego druczku na bilecie, informującego o wyprawie na koło podbiegunowe.

Przed pierwszym rzędem przebiegają cichaczem dwie kobiety. Właściwie jedna przebiega, a druga próbuje nadążyć, taszcząc za sobą sporych rozmiarów tobołek.

Kobieta na przedzie zatrzymuje się przy jednym z foteli, gdzie rażąca różowa kartka informuje, iż został on zarezerwowany dla niejakiego Stefana. Na twarzy kobiety pojawia się wyraz dzikiej radości, budzący lęk w jej towarzyszce. Mimo to, podąża nadal.


A nawet podążowywuje! (dodaje autorka zza kulis)

Podejrzane osobniczki kierują się ku schodkom, prowadzącym na scenę, a następnie próbują wedrzeć się za ciężką, zakurzoną kotarę.

Nagle wyskakuje na nie rzeczona autorka.


Niunia: Aha!

Nan: To wina Margot (z zupełnie niewinnym trzepotem rzęs wskazuje na drugą kobietę)

Margot: Hę?!

Niunia: (łypiąc podejrzliwie na Bignę) Nie wierzę ci.

Margot: Ale że co? Że niby ja?

Nan: Ranisz mnie. Czy sądzisz, że kombinowałabym cokolwiek na boku? (kiedy oburzenie niewinnej miny nie skutkuje na nieporuszoną autorkę, zmienia taktykę) No dobrze, więc kombinowałabym. Ale znasz mnie! Dlaczego miałabym to robić pokątnie, skoro mogę to robić zupełnie jawnie? Wiesz, że byłabym na tyle bezczelna, żeby się nie zakradać, tylko przyjść, wleźć na górę i rzucać popcornem w widownię. A skoro nie robię tego oficjalnie, to znaczy, że wcale tego nie robię. Logiczne, prawda?

Niunia: (ze stoickim spokojem wyciąga rękę w jej stronę) Oddaj popcorn.

Nan: Ależ ja nie mam żadnego...

Niunia: Oddawaj popcorn.

Z ciężkim westchnieniem, Nan przewraca oczami, po czym wygrzebuje z tobołka, ciągniętego przez Margot, dwie paczki popcornu

Niunia: Landrynki

Nan: Co?!

Margot: Ileś ty wpakowała tam jedzenia? (spogląda na tobołek)

Szczerze przyznając, spodziewała się, że ciągnie jakiegoś trupa, a nie zapasy żywieniowe

Niunia: Landrynki, dawaj.

Nan: O nie! Co to, to nie! Landrynek nie oddam! Możesz mi nerkę wyciąć, ale ci nie oddam.

Margot: (cichutko, półgębkiem) Ty wiesz, może nie składaj jej takich propozycji. Z tego, co mi o niej opowiadałaś, to serio wycięłaby ci nerkę...

Niunia: Nie będziesz mi tymi kamieniami rzucała w widownię! Jak chcesz kogoś zamordować, to zrób to w sposób tradycyjny. Nożem, siekierą, nogą od stołu! Ale nie cukierkami.

Nan: Nie zamierzałam rzucać landrynkami (oświadcza obrażona)

Niunia: Owszem, zamierzałaś.

Nan: Nie, bynajmniej.

Niunia: Wydaje ci się, że nie zamierzałaś. Wzięłaś landrynki, bo zawsze je ciućkasz w Teatrze Komnata. Zawsze na świątecznych sztukach. Co, swoją drogą, dość mocno sugeruje niepokojące wskazania, co do twoich oralnych potrzeb.... Tylko nie wiem, czy moi bohaterowie je w tobie potęgują, czy masz schemat skojarzeniowy święta-jedzenie? No mniejsza o to... Ale jesteś sprytna, spodziewałaś się, a przynajmniej brałaś pod uwagę scenariusz, że znajdę wasz popcorn. I skonfiskuję. A wyobrażenie o Stefanie obrywającym niespodziewanie jakimś skrawkiem prowiantu tak mocno utkwił ci w głowie, że po krótkiej chwili wahania poświęciłabyś landrynkę. Jak cię znam, to nawet wybrałaś już kolor...

Nan nadąsa się.

Margot przesuwa spojrzeniem pomiędzy jedną a drugą. Niepewna, czy powinna rzucić ten tobołek i wycofać się grzecznie na widownię, czy przynajmniej pozornie wspierać Bignę.

Niespodziewanie na scenę wbiega przystojny młody mężczyzna w spodniach od garnituru i niedopiętej białej koszuli.


Neal: Przepraszam, przepraszam, ale powinniśmy już zaczynać (wskazuje znacząco na zapełnioną niemal po brzegi widownię)

Nan: Neal! (szczerzy się radośnie)

Margot też się szczerzy

I widownia się szczerzy.

Autorka nie szczerzy.


Niunia: Ty mi tu teraz nie Nealuj!

Nan: Nie mogę nie nealować, to Neal!

Niunia: Neal czy nie Neal, nealowanie jest teraz wzbronione.

Nan: To Neal i nie mogę nie nealować, bo nealowanie na widok Neala jest odruchowe.

Margot: (pod nosem) Nilu, Nilu, Nilu...

Niunia: Nie jesteś psem Pawłowa. I to nie jest jedna z waszych prowincji! Nosz kuźwa! I znowu przez was zaczynam (dramatycznie załamuje ręce) Sio mi stąd. Asterix nie jest świąteczny i nie będziecie mi go tu przemycać, przemycowywać, anie przemytywać w żaden sposób.

Neal: Czy mógłbym jednak zasugerować...

Niunia: Nie, nie mógłbyś, panie Niedoszły-Grey (grozi mu palcem, a palce autorki, jak to zwykle w sztukach bywa, są niebezpieczne - bo mogą coś napisać) Łaskawie zgodziłam się, żebyś wystąpił w tej sztuce, chociaż wcale miałeś się nie pojawiać. Ale łaziliście za mną z Izzie, jęcząc i marudząc, to się zgodziłam. Co nie oznacza, że nie mogę was w każdej chwili wysaneczować na mróz. Idź się zakamufluj.

Nan: Czyli Neal będzie w sztuce?

Niunia: Epizodycznie.

Nan: Ale dlaczego epizodycznie?! (oburzona)

Niunia: Bo to moja sztuka i nie będzie mi się obce twórstwo plątać po pomysłach. A teraz, zmykajcie, gdzie macie zmykać! A jak zobaczę choć jednego szybującego landrynka, to wam zrobię takie aj law ju, że nawet scenarzyści Supernatural was nie wskrzeszą.

Obraca się na pięcie, po czym znika pomiędzy połami ciężkiej kotary. Margot i Nan jeszcze chwilę stoją w miejscu, odurzone kłębem kurzu, który wzbił się z kotar.

Margot: Myślisz, że ona tego... ona mogłaby tak na serio?

Nan: Co na serio?

Margot: Umarłaby nas?

Nan: Pewnie tak (wzrusza ramionami obojętnie) Z nią to nigdy nic nie wiadomo, co takie licho potrafi.

Margot: Nie przesadzasz?

Nan obraca głowę, spoglądając na towarzyszkę. Trybiki w głowie zaczynają się szybciej obracać. Po kilku sekundach rozważania opcji, czy rzeczywiście nie przesadza, dochodzi do jednoznacznego wniosku

Nan: Nie.



Scena 1

Gasną światła. Widownia otula się ciaśniej kocami oraz śpiworami. Pomiędzy siorbaniem gorącej kawy słychać dzwonienie, aczkolwiek nie dzwoneczków, lecz zębów osób, które się nie przygotowały na trwanie w Teatrze Komnata.

Kurtyna się unosi.

Na scenie widać dużą choinkę, przystrojoną w kolorze złota i czerwieni. Pozornie idealna. W tle scenografia przedstawia kominek, w którym pozornie coś się tli. Obok choinki stoi pozornie wygodny fotel. Z lewej strony pozorny fragment scenografii pozoruje bycie oknem. Ogólnie, z pozoru panuje cisza i spokój.

Na scenę wkracza smukła blondynka. Izzie. W jednej ręce trzyma kubek gorącego kakao, w drugiej trzyma dużą kolorową książkę w twardej okładce. Siada na fotelu obok choinki. Przez chwilę podziwia swoje dzieło, bo choinka to jej dzieło, które dekorowała przez dwa dni, bo ktoś złośliwie przesuwał bombki o pół centymetra w niewłaściwą stronę!

Izzie wzdycha z zadowoleniem, rozkoszując się klimatyczną, świąteczną ciszą. Upija łyk kakao, otwiera książkę i zaczyna czytać.


Izzie: Była Noc Wigilijna i dom tonął w ciszy. Nigdzie żywej duszy, ani żywej...

Rozlega się trzask, huk i łomot ciał zwalających się na podłogę

Nem: Kurwa mać! Ja pierdzielę!

Dean: Auł! Wbijasz mi piętę w żołądek!

Nem: A ty trzymasz rękę nie powiem gdzie.

Na podłodze leży Nem. Na niej leży Dean, aczkolwiek jego stopy wciąż zahaczone są o parapet pozornego okna. Po drugiej stronie okna stoi Sam. Przechyla się do środka i spogląda na nich karcąco.

Sam: Mieliście być cicho...

Nem i Dean: Zamknij się!

Izzie: Aaaa! (dramatycznie podrywa się z miejsca, kubek wypada jej z ręki) Jezus Maria mordercy! Gwałciciele! Świadkowie Jehowy!

Nem: (próbując wygrzebać się spod Deana) O jeżu miłościerny... blondynka...
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Czw Lis 28, 2013 6:34 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Scena 2

Na scenie wciąż znajdują się bohaterowie. Izzie osłaniająca się książką dla dzieci, splątani Nem i Dean oraz Sammy zaglądający przez okienko. Czyli, jak to zwykle bywa u autorki

Sammy: (zaglądając do środka przez okno, przygląda się blondynce) Dean, czy znów pomyliłeś domy?

Dean: Cmoknij mnie, Sammy...

Sam: Nem jest bliżej

Dean: Moja noga może się też znaleźć bliżej twojej gęby, jełopie.

Sam: Przy liczbie pączków, które zżerasz, szczerze w to wątpię... Kretynie...

Dean: Suka!

Sam: Palant

Nem: (mamrocze pod nosem, wstając) A pokój na Ziemi...

Nem otrzepuje się z nieistniejącego kurzu. Nie zwracając uwagi na wciąż poturbowanego Deana na podłodze, spogląda w stronę blondynki.

Nem: Wesołych, i tego, no, dobry wieczór.

Izzie wgapia się w nią z rozdziawioną buzią, nie wydobywając z siebie ani dźwięku

Nem: Dobry wieczór, powiedziałam.

Blondynka w stanie szoku wciąż nie reaguje

Nem: Halo, halo! Antar tu Ziemia, odbiór!

Wobec skamieniałej postawy niedawno wrzeszczącej kobiety, Nem zaczyna się irytować. Jakież to nieuprzejme, żeby właścicielka mieszkania, do którego się włamali, nie raczyła nawet uprzejmie odpowiedzieć na kulturalne powitanie. Doprawdy, cywilizacja w świecie autorki tych sztuk schodzi na psy. Albo gorzej, na wiewiórki.

Nem: Może jak ją chlasnę przez buźkę, to się ocuci

Sam: Nie!

Nem: (oburzona) No, ale...

Sam: Nie, Nem, nie. Nie wolno.

Dean: (udaje mu się wreszcie stanąć w pionie) Może ona wiesz, innym dialektem leci? Pamiętajmy, co nas tu naprowadziło. Trzeba spróbować w ichnim języku

Nem: Ichnim?

Dean: Świątecznozbzikowanym.

Nem: Czyń honory.

Dean: Hmm... dobra, spróbuję... (odchrząka głośno) Yy... tego... Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi, że tego... że przybieżeliśmy tutaj, nocy tej cichej, świętej... gdyż ponieważ, albowiem... duch się rodzi, moc truchleje, trup jest gęsto obnażony... my, łowcy świata, spiesznie dążymy, by złapać wkurwia... znaczy, złego, niegodziwego ducha, który dzisiaj...

Sam: Dean, co ty wyprawiasz?

Dean: Komunikuję się.

Sam: Z amebą byś się tak nie skomunikował nawet!

Dean: Doigrałeś się, nie dostaniesz prezentów!

Sam: (prycha) Oh, booo hoo, cóż ja pocznę bez kremu do golenia i sześciopaku

Dean: Wal się.

Sam: To też raczej twoja działka...

Nem: (zniecierpliwiona) Jeszcze jedno słowo, z którejkolwiek winchesterowej japy, a będziecie robić za czubki na choince.

Izzie: (niespodziewanie odzywa się, zaskakując wszystkich) Na choince powinno się umieszczać gwiazdy.

Sam, Dean i Nem spoglądają zaskoczeni w jej stronę. Wciąż jest wyprostowana, jak struna, usztywniona, ale przynajmniej jej usta się poruszają

Sam: Co proszę?

Izzie: Na choince powinna być gwiazda, nie czubek.

Dean: (zdezorientowany) Bo?

Izzie: Bo czubki są komunistyczne.

Nem: (zerkając na Winchesterów) Sądziłam, że jesteście liberałami.

Dean: Zawsze myślałem o sobie, jako o anarchiście (szczerzy się)

Sam: Nie jesteśmy komunistami.

Izzie: Nie wy. Czubki, te na choinkę. Takie ozdoby.

Nem: To ozdoby świąteczne mają ugrupowania polityczne?

Dean: Te w kształcie bałwanów to na pewno nacjonaliści...

Nem: Niby dlaczego?

Dean: Bo to bałwany. No i sami biali...

Sam: Uroczo, Dean, uroczo (uśmiecha się kwaśno)

Dean: Ty też masz swoją rodzinkę na drzewku, Łosiu. Całe stadka brokatowych reniferów. Równie gejowatych, co ty.

Sam: Renifery to nie łosie.

Dean: Więc możesz być Łosiniferem!

Nem: (przewracając oczami) Kto mi zwróci za terapię?

Nagle Izzie wykonuje gwałtowny ruch. Krok w ich stronę. A potem krok w tył. Ponownie w ich stronę. Ale kiedy wszyscy troje odwracają ku niej głowy, znów się cofa.

Izzie: Co wy tu robicie? Czego chcecie? Nie jestem bogata!

Sam: Nie jesteśmy kryminalistami, spokojnie.

Dean: (pod nosem) Właściwie trochę jesteśmy...

Sam: (ignorując brata) Nie zamierzamy cię okraść, ani skrzywdzić. Naprawdę.

Nem: Poza tym, gdybyśmy chcieli ci wypruć flaki, już byśmy to zrobili (wzrusza ramionami)

Oczy Izzie robią się wielkie jak spodki. Sammy rzuca Nem wymownie mordercze spojrzenie

Nem: No co? To pocieszające!

Dean: Mniej więcej tak pocieszające, jak powiedzenie sparaliżowanemu Bobby'emu, że w jego wieku i tak pewnie miał problemy z erekcją...

Znad sceny, spomiędzy reflektorów dobiega charkliwy odgłos śmiechu połączonego z dławieniem

Sam: (z naciskiem) W każdym bądź razie... naprawdę nie chcemy cię skrzywdzić. Szukamy kogoś. A raczej czegoś.

Izzie: Czego?

Sam: Umm, Ducha Świąt.

kurtyna opada


Scena 3

Bohaterowie wciąż ci sami, choć Izzie bardziej ruchoma i żywotna niż w scenie poprzedniej.

Izzie oraz Sam siedzą naprzeciwko siebie. Ona ściska nerwowo książkę z Wigilijną Opowieścią. Nem kołysze się nad stolikiem z winem, stojącym w głębi, nie mogąc się zdecydować, którą flaszkę sobie przywłaszczyć. Dean stoi po drugiej stronie choinki, próbując niepostrzeżenie zdjąć z niej cukierka. Kiedy to nie skutkuje, ze skupioną miną usiłuje bezszelestnie odwinąć cukierek z kolorowego papierka. Bezszelestność mu nie wychodzi.


Izzie: Czyli że jesteście takimi Pogromcami Duchów?

Sam: Niezupełnie (lekko się uśmiecha) Zajmujemy się... (rozbrzmiewa szelest papierka) Nie tylko duchami, różnymi stworzeniami.

Izzie: Stworzeniami? Jak w Harrym Potterze?

Nem parska tak głośno, że Sam czuje się niemal opluty jej jadem

Dean: (mocując się z cukierkiem) Słoneczko, źle byśmy się prezentowali w pelerynkach.

Nem: (rechocząc pod nosem) Peleryna Batmana ci nie przeszkadzała

Dean: Na Batmana lecą laski, Potter to patałach. Taki Sammy z plastikową różdżką.

Sam: (ignorując brata, ale posyłając mu mrożące spojrzenie) Stykaliśmy się z różnymi stworzeniami. Ale w tej chwili to nieistotne, bo teraz polujemy na ducha. Czy raczej, jak podejrzewamy, jest czymś więcej niż duchem.

Izzie: No ale przecież się tylko tak mówi, że ktoś czuje albo nie czuje Ducha Świąt.

Nem: Jak się okazuje, niektórzy mogą go poczuć aż nazbyt blisko...

Sam: Powiedzenie to jedno, a rzeczywistość to już inna sprawa. Od wielu stuleci notowano jego obecność. Miał przynosić dobrobyt i dobry nastrój świąteczny w zamian za piernik i wino. Ale, cóż, najwyraźniej nie chodziło wcale o łakocie świąteczne. Wszystko wskazuje na to, że uprowadza niegrzeczne dzieci. I zjada...

Dean: (wyłuskując wreszcie cukierek z papierka) Zmienił dietę (wpakowuje cukierka do ust)

Nem: Nie wiem, czy na lepszą. Dzieci są teraz takie wysokokaloryczne i wysokotłuszczowe...

Izzie i Sam obracają ku niej głowy. Blondynka z pełnym przerażeniem i obrzydzeniem. Sam z dość tendencyjną dla siebie miną umęczonego potępienia.

Siedząca nad sceną Margot również ma mieszane uczucia, z pewnym niepokojem spoglądając na Nem. Z kolei Bigna siedzi nieporuszona. Prawdopodobnie nic, co zrobiłaby Nem czy którykolwiek z Winchesterów w wydaniu Niuni, nie zaskoczyłoby jej.


Izzie: (patrząc ponownie na Sama, ponieważ doszła do wniosku, że jest najbezpieczniejszym wyborem do konwersacji) Czyli... czyli to coś zjada dzieci? To okropne! Jak tak można?! Policja nie interweniuje?

Sam: Nie sądzę, aby policja zareagowała na zgłoszenie Duch Świąt porwał mi dziecko na deser. A my, cóż, zajmujemy się takimi sprawami.

Izzie: Ale.. tak właściwie, to co ja mam do tego? Co mój dom ma do tego? Co moje okno ma do tego?!

Sam: (łypiąc na brata) Według naszych danych, Duch pojawi się tutaj. Ale ty chyba raczej nie łapiesz się na listę niegrzecznych dzieci. Ktoś jeszcze tu z tobą mieszka? Masz dziecko?

Izzie: A skąd! Ja mam tylko Neala.

Nem: (ożywia się z zaciekawieniem) Co to Neal? To chyba nie kot, co? Jak trafiliśmy na kocią mamkę, to was palnę (grozi palcem Winchesterom) Nie jesteś kociarą, co? Nie wozisz kotów w wózkach dla lalek? Proszę, powiedz, że nie masz kolorowych sukienek dla kotów.

Izzie: (w pełni oburzona) Oczywiście, że nie! Ja - ja - jestem chirurgiem! (oświadcza z dumą)

Nem: Plastycznym? (patrzy znacząco na biust blondynki)

Izzie: (cedzi przez zęby) Urazowym

Sam: Fajnie (wtrąca, zniecierpliwiony) To co z tym Nealem? To dziecko? Nastolatek?

Izzie: To mój narzeczony. Koneser sztuki.

Dean: (parska, memląc cukierka) Bywaliśmy koneserami sztuki. I antyków.

Sam: To ja już nic nie rozumiem... Dean, jesteś pewien, że nie pomyliłeś domów?

Dean: Jesteś pewien, że moja stopa nie kopnęła cie jeszcze w dupę?

Nem: Może ten Neal był na tyle niegrzeczny, że trafił na listę?

Niespodziewanie rozlega się dudnienie do drzwi. Donośny łomot. Wszyscy zamierają.

Izzie spogląda na Sama, potem na Deana, następnie w stronę drzwi. Nie spodziewała się nikogo, a Neal miał klucz. Dudnienie ponawia się. Aż nagle słychać dwa strzały, a następnie trzask drzwi otwieranych wykopem.

Winchesterowie momentalnie wyciągają broń. Nem zasłania stolik z winem własnym ciałem.

Widownia wstrzymuje oddech, wyczekując. Z lewej strony sceny wkraczają nagle dwie postacie. Właściwie jedna wkracza, a druga jest za nią wleczona.


Dean i Sam: Kelly?!

Kelly: Ho ho ho!

opada kurtyna
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Aggie
Navy Swallow


Dołączył: 13 Paź 2006
Posty: 669

PostWysłany: Sob Lis 30, 2013 11:55 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Twisted Evil
Poczatek jest bezbledny!!! Duch Swiat pozerajacy dzieci Laughing A Izzi to przeciez Swiateczna Faszystka. Nemus, pisz, pisz dalej bo zaczyna sie swietnie Wink
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Nan
Pępuszek


Dołączył: 10 Paź 2006
Posty: 1227
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Czw Gru 19, 2013 12:10 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nan wkracza do foyer Teatru Komnata dziarskim krokiem, rozsypując z każdym ruchem śnieżynki. Sztuczne śnieżynki, oczywiście. Sypią się z kieszeni, z rękawa a nawet z cholewek butów. Pozostali widzowie patrzą odrobinę podejrzliwie.

Nan (gromkim głosem): Ho, ho, ho! Przybyłam, zatem możemy oglądać sztukę!

Po chwili ludzie wkraczają na salę, Nan tymczasem łapie Margot za rękaw i dyskretnie ciągnie w kierunku bocznych drzwiczek. Już wcześniej zorientowała się, że za drzwiczkami są schodeczki wiodące nad scenę. O to chodziło!

Nem: Halo, halo! Antar tu Ziemia, odbiór!

Nan: He, he, he wydaje z siebie przytłumiony rechocik, oglądając akcję z góry.

Dean: Hmm... dobra, spróbuję... (odchrząka głośno) Yy... tego... Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi, że tego... że przybieżeliśmy tutaj, nocy tej cichej, świętej... gdyż ponieważ, albowiem... duch się rodzi, moc truchleje, trup jest gęsto obnażony... my, łowcy świata, spiesznie dążymy, by złapać wkurwia... znaczy, złego, niegodziwego ducha, który dzisiaj...

Nad sceną Nan znowu rechocze, Margot zaś, po chwili namysłu, również zaczyna chichotać. Obie siedzą na mostku przerzuconym nad sceną i dyndają nogami nad głowami bohaterów. Margot otwiera z szelestem przepastną torbę, z której rozchodzi się zapach popcornu. Trąca Nan, mało przy okazji nie zrzucając jej na scenę i proponuje popcorn. Na scenę spadają sztuczne śnieżynki z kieszeni Nan i czasem jakaś zabłąkana kukurydza, której nie zdążyły złapać.

Scena 3
Izzie oraz Sam siedzą naprzeciwko siebie. Ona ściska nerwowo książkę z Wigilijną Opowieścią. Nem kołysze się nad stolikiem z winem, stojącym w głębi, nie mogąc się zdecydować, którą flaszkę sobie przywłaszczyć. Dean stoi po drugiej stronie choinki, próbując niepostrzeżenie zdjąć z niej cukierka. Kiedy to nie skutkuje, ze skupioną miną usiłuje bezszelestnie odwinąć cukierek z kolorowego papierka. Bezszelestność mu nie wychodzi.

Ponad sceną Nan i Margot wymieniają się spojrzeniami i łypią okiem w dół na wina Nem. Też chcą.


Nem: Może ten Neal był na tyle niegrzeczny, że trafił na listę?

Nad sceną Margot i Nan znowu łypią porozumiewawczo okami.
Margot: Koneser sztuki...
Nan (z naciskiem): Niegrzeczny koneser sztuki!
Margot (konspiracyjnym szeptem): Myślisz, że już coś ukradł?
Nan (równie konspiracyjnie): No ba!

Nan i Margot jak na komendę podnoszą się ze swoich miejsc i próbują bezszelestnie wycofać się na tyły teatru, ale po drodze wpadają na bloczki, zaplątują się w linki i w rezultacie z hukiem spada kurtyna.
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Nan
Pępuszek


Dołączył: 10 Paź 2006
Posty: 1227
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto Kwi 29, 2014 9:05 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ekhm. Święta się tego, dawno no właśnie, ale to przecież nic nie znaczy. Za to przed chwilą szukając czegoś na dysku znalazłam zarys czegoś równie świątecznego, co zawsze. Generalnie fabuła miała się zasadzać na tym, że Niunia miała być porwana, o! Co prawda poza jedną scenę to mi chyba nie wyszło. Mam wrażenie, że wcześniej nie podrzucałam tego jakże rozbudowanego cuda, jeśli owszem, no to cóż, a jeśli nie, to indżojujcie tę jedną scenę! A, i tak, pojawia się tu Leverage - dla niewtajemniczonych, o oszustach Wink

Miałam gdzieś do tego również sam początek, ale chyba gdzieś mi się zgubił. Pierwsza scena opiewała nerwowe rozterki Nan, Nem i Kelly spowodowane nieoczekiwanym zniknięciem Niuni w przededniu premiery w Teatrze Komnata (a może już w dniu premiery, cholera wie). Nagle z góry wśród trzasków i łomotów objawiła się kolejna postać - nie, nie Bogu, wbrew pozorom, a Parker z Leverage, zjeżdżając na scenę na linie.

Parker, współczująco: To co, Niunia to wasz kotek?

Nan parska śmiechem, ale Nem i Kelly ganią ją wzrokiem.

Kelly: Nie, Niunia nie jest kotkiem.

Parker:… piesek…?

Nan śmieje się głośniej.

Nem: Nie…

Parker: No więc to wasze zwierzątko?

Nan nie wytrzymuje, a Kelly dźga ją łokciem. Nan między śmiechami i chichami wydaje jęk.

Nem, z lekkim wahaniem: Noooo… poniekąd…

Parker, rozjaśniona: Zwierzątko wam się zgubiło?

Nan, uświadamiając sobie co Parker robi zawodowo (w sensie: kradnie jak Robin Hood): Nie! Ukradli nam! Źli i bogaci nam ukradli!

Kelly, na boku zdumiona do Nem: Co ona, naćpała się? Czym? Kiedy? Słowo daję, że przecież cały czas była na widoku!

Parker, teraz już zupełnie rozjaśniona, odczepia linę od swojej uprzęży i lina znika w ciemnościach nad sceną: Hardison! Hardison! Ja zostaję, słyszysz? Zrobimy tu taki mały świąteczny przekręcik, ale zupełnie uczciwy, słyszysz?

Lina z wizgiem znika, a Parker radośnie odwraca się do trzech pań na scenie.

Parker: No, to czym jest wasza Niunia, jak nie pieskiem i nie kotkiem?

Nan: Małpą. [ Nan-z-dzisiaj do siebie pod nosem: "O! Ja wiem, ja wiem, co to jest małpa...!" ]

Kelly, równocześnie: Rosiczką.

Nem, również równocześnie: Wężem od Adama i Ewy.

Kelly, nagle zainteresowana: W sensie, że taka stara?

Nem: W sensie, że taka przebiegła.

Nan, pod nosem: To już chyba prędzej jest tym jabłkiem, które skusiło Adama… Poza tym rosiczka to roślina.

Kelly: Ale zjada muchy, nie?

Nem: No to bardziej modliszka, zżera swoich facetów.

Kelly, z namysłem: Serio myślisz, że Niunia jest kanibalem…?

Parker patrzy z lekka zdezorientowana: Ukradli wam jabłko, które zjada rosiczki, i które nazywa się Niunia…?

Nem, Kelly i Nan patrzą po sobie: No, mniej więcej tak…

Lampki na choince wydają ostatnie tchnienie i przestają zupełnie świecić. Zapada ciemność.
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Komnata Hotaru Strona Główna -> Świat według wielbicieli Normala Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group