Forum Komnata Hotaru Strona Główna Komnata Hotaru

 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Octocobra
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Komnata Hotaru Strona Główna -> Oh God, we're not gonna have to hug or anything, are we?
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  

Czy ktokolwiek w ogóle czeka na dalszą część? ;P
O! Zapomniałam o tym opowiadaniu...
100%
 100%  [ 2 ]
Tak. Ale komentarza nie chce się pisać.
0%
 0%  [ 0 ]
Eh, chyba jednak Dean się przejadł (to w ogóle możliwe?)
0%
 0%  [ 0 ]
Olej to opowiadanie, pisz inne.
0%
 0%  [ 0 ]
Wszystkich Głosów : 2

Autor Wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Pon Sie 29, 2011 8:34 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Będzie dzisiaj! Ale wieczorem, bo właśnie biegnę na shopping z kumplem, a to oznacza, że doczołgam się do domu dopiero w okolicach kolacji... kilka akapitów dopiszę i będzie kolejna część. Do północy zdążę Laughing
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Pon Sie 29, 2011 9:23 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Biorę to na klatę - ta część jest okropniaszcza!


My sweet, freakin' whorish Valentine

część czwarta


Świat wcale nie był pełen magii. Nie istniał Harry Potter, drewniane kijki nie rzucały Abracadabra, miotłą można komuś co najwyżej oko wybić. A jednak co jakiś czas niektórym ludziom przychodziło do głowy, że rzucanie uroków to świetne hobby w przerwach oglądania programów Marthy Stuart. Problem tkwił w doraźnej głupocie, nie silili się sprawdzić, co naprawdę kryje się za domniemaną magią.

Żaden duch wyższy, matka natura, czy Moc Jedi. Nawet jeśli Winchester wierzył w istnienie Yody...

Tylko paktowanie z demonami, co nigdy nie mogło się skończyć dobrze.

Do tej pory nie trafili na czarownicę silniejszą niż tylko zabity królik i wymuszenie miłości na koledze z pracy. Rzędy książek w Empiku, o zaklęciach, wicce, tańcu przy księżycu, nadawały się wybornie na podpałkę do ogniska na sabacie. Który w większości przypadków i tak był pretekstem do orgii. Arthur nie miał nic przeciwko orgiom. O ile zawierały dziewięćdziesiąt dziewięć procent kobiet i jednego mężczyznę, jego rzecz jasna. Mógł wtedy pokrzyczeć do księżyca, chlasnąć się witkami wierzbowymi po plecach. Ale niestety, takimi nieszkodliwymi przypadkami się nie zajmowali. Musieli babrać się we flakach zwierzęcych, składanych na ołtarze dla demonów, które wyznawały te prawdziwe czarownice. Jeżeli teraz mieli do czynienia z takimi, z zaginionych facetów zapewne nic nie zostało, ewentualnie zęby.

Ale to wiele wyjaśniało. Czarownicami były kobiety, jeszcze nigdy nie trafili na mężczyznę, więc pogląd sam z siebie stawał się szowinistyczny. Osobiście, Arthur sądził, że faceci byli po prostu za słabi. Jasne, też był facetem i jak ognia unikał wszystkiego, co mogłoby w jakikolwiek sposób obnażyć jego słabość. Na czele ze starymi lalkami, one zawsze były nawiedzone! Z uśmiechem na malutkich sztucznych ustach obracały swoje głowy o trzysta sześćdziesiąt stopni... Wzdrygnął się na samą myśl. Na własne szczęście, czarownice się lalkami nie bawiły, ewentualnie takimi słomianymi czy na szpilki. Wolały to, co bardziej żywe. Mięsiste. Krzyczące, kiedy się mu natnie skórę. Tiaa, właściwie to czarownic też nie lubił.

- Dobra - klasnął w ręce i rozwinął na stole miękki, choć gruby zamsz. W kieszonkach materiałowej płachty lśniły różne mniejsze i większe narzędzia. Obok położył sporą torbę, w której grzechotały te znacznie większe przydatki - Inkwizycja była bujdą, ale kilka pomysłów mieli dobrych. Właściwie ten jeden. Wiedźmy nie lubią ognia - wyjął z torby ślusarski palnik - Dlatego mamy ulubiony antyczarowy zestaw w postaci kilku podręcznych płomieni - podał jeden Samowi, po czym wyjął spore zawiniątko z kieszeni zamszu - Jak ktoś ma ochotę podejść dużo bliżej, sznur z bylicą piołunem. Pamiętajcie, że sznura nie wolno zdjąć z szyi wiedźmy, a potem i tak lepiej ją spalić. Mam coś jeszcze...
Z wąskiej przegródki wyjął niewielki nóż, kształtem przypominający taki do rozcinania listów. Jego ostrze było jednak nieznacznie szersze, okraszone kilkoma wygiętymi runicznymi wzorami. Arthur trzymał go delikatnie w dłoniach, jak cenny antyczny nabytek. Ale nóż wcale nie miał archeologicznej wartości. Skończył go ledwie parę tygodni temu, nie miał szansy jeszcze wykorzystać.

- O. Ładny - Kelly wychyliła się na czubkach palców, gapiąc na błyszczącą rękojeść.
- Nie ma być ładny, tylko skuteczny - łypnął na nią spode łba, wreszcie porządnie ujmując broń - Zrobiłem go kilka tygodni temu. Ma zabijać wiedźmy. Lany z ołowiu, hartowanego w mieszance bylicy piołunu, święconej wody i portulaki. Ryty piktyjskie.
- Testowałeś go już? - Dean zwykle nie ufał czemuś, czego nie przetestował nikt. A raczej czego on sam nie przetestował.
Arthur był cholernie dobry w tym, co robił. Świetnie znał się na broni do zabijania wszystkiego, co tylko stanęło im na drodze. Miał też zacięcie do tworzenia własnych pakiecików szkolnego zabójcy. Które jednak nie zawsze się sprawdzały, a nie mieli teraz czasu na laboratoryjne próby.
- Zrobię to dzisiaj - oświadczył odważnie i szybko wsunął nóż pod kurtkę.
- Czyli mamy zostawić ci jedną czarownicę, patrzeć jak się z nią babrzesz nożem i w ostatniej chwili ruszyć ci na ratunek z miotaczem ognia? - sceptycyzm Deana kipiał urokiem, za który został dźgnięty przez łokieć Kelly.

- Nie będę się babrał - Arthur zgrzytnął zębami - Rozprawię się z nią szybciej niż ty. I nie będzie skwierczeć.

- A jeśli... - Winchester nie odpuszczał, do momentu gdy wtrąciła się górna część łokcia, znaczy Kelly.
- Zamknijcie się - wkurzona uciszyła obu - Nie mamy czasu na wojnę penisów. Obaj jesteście świetni, duzi, sprawni. Mieliśmy megaorgazm! A teraz do roboty.

Sammy nawet nie zdążył zaprotestować, że on nie miał żadnego orgazmu. I nie planował mieć ich, zdecydowanie nie przy użyciu w jednej myśli kategorii orgazm i dwaj faceci. Co do orgazmu to i Nem miała ochotę zaprotestować. Bądź co bądź, dawno żadnego nie miała, a na dodatek wciąż były pieprzone Walentynki. Frustracje niektórych mogły sobie dać niezły upust na obiekcie łowów, jak się kogoś spali to prawie jak po seksie. Przynajmniej dla niej. Ale może Nem była dziwna, tak sobie czasem myślała. Pewnie nie dziwniejsza niż Sasha ani bardziej pokręcona od Kelly, ale wciąż jakby troszkę dziwna. Rozpłatanie kilku ludzików, zostawienie trupka to tu to tam, sprawiało przyjemność na miarę sporego deseru z polewą.

Lukrecja nie wyróżniała się niczym szczególnym, przypominała wszystkie inne tanie burdele dla okolicznych sfrustrowanych facetów. Może trochę bardziej zadbany, mniej odrzucający budynek. Wyglądał właściwie, jak urocza kamienica, otoczona sporym ogrodem. Dopiero po chwili dało się zauważyć, że rzeczony ogród pełen był rajskich jabłuszek i dzikich pnączy, pomiędzy którymi wyłożone mozaiką stopnie prowadziły do przybytku. Gdzie widniał skromny, ale tandetnie neonowy napis Lukrecja. W oknach odbijały się srebrzyste i błękitne światła. Dziwnie było oglądać ten budynek w środku dnia, kiedy neon nie raził po oczach, okoliczni sąsiedzi udawali, że to tylko zwykły domek, ani śladu po rozochoconych klientach z plikiem banknotów. To była też nowość dla łowców. Większość spraw wykańczali właśnie w środku nocy, gdy było najstraszniej, czyli ulubioną porą wszystkiego, co paskudne. Ale środowisko nocnego trybu życia na rurach nie sprzyjało walce z czterema bardzo starymi wiedźmami. Które wcale nie wyglądały tak staro, jak Dean zdążył zauważyć. Jak na kilkusetletnie to się jędrnie zachowały. Może się kisiły w formalinie?

Albo chodziły na te dziwaczne zajęcia, gdzie babeczki robiły różne pokręcone pozycje do afrykańskiej muzyki. Może nawet miały jakąś kartę stałego klienta za przynależność do Klubu Czarownic. Po przepracowaniu więcej niż stu lat, złoty master.

Oni mogli sobie narzekać, ile chcieli, ale Hetty wpuszczała jednym uchem a wypuszczała drugim wszelkie nagabywania o pracownicze dopłaty do zajęć rekreacyjnych. Głównie dlatego, że nikt nie chciał chodzić na basen, za to wybornie by trenowali nad sześciopakiem piwa przy darmowym bilardzie. Raz Sasha zaproponowała squash, ale połowa odmówiła po wyobrażeniu sobie Kelly z ciężką rakietą. Druga połówka zrezygnowała na wzmiankę o siniakach, jakie zostawia rozpędzona piłka. Byli wystarczająco poobijani od biegania korytarzami, krzaczorami, tunelami, spróchniałymi schodami.

W krzaczkowe chaszcze Dean wepchnął Sama, kiedy przeleźli przez prowizoryczny płotek. Nem dla dywersji miała iść frontowymi drzwiami, wcale nie z przyjacielską wizytą. Arthur złożył dłonie w koszyczek i podsadził Sashę i Kelly na balustradę bocznego balkoniku. Szlag, tak często musieli gdzieś włazić po rynnach czy balkonach, że czas zainwestować w przenośną drabinkę. Mogliby podpierniczyć tę należącą do Hetty, ale najprawdopodobniej później chodziliby z urwanymi łbami czy innymi częściami ciała.

A urwany dyndas łowcy jest nieprzydatny na akcjach. Wszelakich.

Postanowił więc, że nie da sobie nic urwać. Nie da też Winchesterowi satysfakcji i zaszlachtuje wiedźmę tym nożem, choćby miał przez godzinę jej nim mózg wydłubywać by się upewnić, że nie żyje. Tak po prawdzie, Arthur był zwykle bardzo pewny swojej broni. Rzadko, naprawdę rzadko zdarzało się, by musiał którąś dopracować. Dużo czasu poświęcał na same podstawy dla stworzenia narzędzia. Z powietrza pomysły się nie brały, tylko z opasłych książek o okultyzmie, z raportów dotychczasowych akcji, słów zapitej alkoholem mądrości Bobby'ego i kilku własnym poszukiwaniom. Dostał szału, kiedy skurczybyk z NSA wykradł jego plany, a potem odsprzedał... Żeby jeszcze dla agencji typowo rządowej, pal licho. Ale do Hollywood? Jak potem zobaczył swoje cacko, a raczej pomysł na cacko, kompletnie sprofanowany w idiotycznym "Blade: Trinity", rozpierniczył wóz tego dupka. Używając niezaprojektowanego przez siebie, pospolitego acz skutecznego łomu. Ostentacyjnie więc już odmawiał wszelkiej współpracy z innymi rządowymi jednostkami. Mulder i Scully też mogli mu naskoczyć.

W Octocobrze często mówili, że ktoś im może naskoczyć. Dean mówił to Samowi, kiedy ten wytykał mu brak manier przy jedzeniu. Sasha tego nie mówiła, ale gadała coś po rosyjsku, co równie dobrze mogło oznaczać "naskocz mi". A Nem powiedziała to właśnie teraz, kiedy jasnowłosa Marry Warren już od progu sypnęła jej w twarz mieszanką zielarskiego pyłu. Drobna sztuczka, która szybko przenikała do organizmu człowieka i przenosiła go na bardzo wysoki haj. Nie był w stanie się kontrolować ani ocenić rzeczywistości, stawał się kompletnie bezbronny. Człowiek człowiekiem, a Nem to po prostu zirytowało.
- Bieluń? Ayahuasca? - starła z nosa wrzosowy pyłek - Marna herbatka.
- Za chwilę dopiero poczujesz się marnie - czarownica stosowała ten specyfik bardzo długo, wiedziała, że za chwilę dwulicowa wtyczka zacznie odpływać tak, jak wszyscy inni. A racze tego oczekiwała, tylko nie następowało.
- Możesz mi naskoczyć - Nem nie lubiła się bawić w dramatyczne przeciąganie chwili czczą gadką. Od razu włączyła palnik, zanim czarownica zdołała stracić pewność siebie. Przeraźliwy wrzask wypełnił powietrze, zaskakująco nie było czuć spalenizny. Kopnęła drzwi, zatrzaskując je przed ewentualnym wzrokiem wścibskich sąsiadów. Upewniła się, że truchło spaliło się do końca. Po chwili został jedynie czarny, metaliczny pył.
- Uwaga na pył! - wrzasnęła na całe gardło, kiedy trzask rozbijanego szkła zwiastował mniej uprzejme wtargnięcie pozostałych członków ekipy.

W salonie Winchesterowie próbowali przebić się przez wodną ścianę, którą czarownica utworzyła z domowej szemrzącej sadzawki. Była najmłodszą z nich, Elizabeth. I najbardziej przerażoną. Jeszcze nie miała do czynienia z łowcami. Kilku różnych na nich polowało, lecz Abigail zwykle radziła sobie z nimi sama. Teraz było ich więcej i zaatakowali je wszystkie. Starała się utrzymać wodę, chociaż zaklęcie było dość męczące. Rozpraszała ją szarpanina w sąsiednim pokoju, gdzie Mercy próbowała poradzić sobie z dwiema kobietami. Nigdzie na horyzoncie nie było Abigail... A przecież zawsze była. To ona sobie radziła z atakami, była najsilniejsza. Wszystkiego ich nauczyła. Lub raczej większości, tak dużo wiedzy zostawiała samej sobie... Elizabeth się wściekła. Zacisnęła pięści, mamrocząc pod nosem zaklęcie raz po raz, a woda pieniła się silniej.
- Dean! - Sam krzyknął, kiedy uparty starszy brat na siłę chciał się przedrzeć przez pion wodny, a siła odrzuciła go na szklany stolik.

Cięcie ostrza było szybkie. Chociaż nie do końca mechaniczne. Przemknęło Arthurowi przez myśl, że ta dziewczyna wygląda na nie więcej jak dwadzieścia lat. Ale zło przyjmowało czasem postać najniewinniejszą, nawet w formie dzieci. Wbił nóż między żebra, drugim ramieniem przyduszając szyję mocnym uchwytem. Ściana wody momentalnie opadła, obryzgując leżącego na ziemi Deana i spodnie Sama w żenującym miejscu. Podnieśli wzrok na Arthura. Dziewczyna prawie wisiała kilka centymetrów nad ziemią, mocno trzymana pod szyją. Oczy wywinięte ku górze, palce dłoni spazmatycznie drgające. Charknęła kilka razy, pieniąca się krew wypłynęła przez usta. Każda kolejna kropla posoki zmieniała się w metaliczny pył już po kilkunastu sekundach. Po paru minutach całe ciało oblazło pyłem.

Arthur otarł ostrze o rękaw kurtki, przerzucił je kilka razy w rękach, po czym spojrzał na przemoczonego Deana, krzywiącego się na podłodze.
- To był ten moment, w którym babrałem się godzinę moją nieskuteczną bronią a ty ruszyłeś mi na ratunek? - podał mu rękę i pomógł wstać.

- Łajza - Dean mruknął pod nosem z niezadowoleniem. Nie lubił przegrywać. Ani z innymi facetami, ani z laskami voodoo.
- Palant - Arthur odwzajemnił się równie uprzejmie.
- Idioci - Sam westchnął, próbując ręką wytrzeć mokre plamy, ale całokształt wyglądał jeszcze bardziej żenująco. Lub co najmniej dwuznacznie.


koniec odcinka


-------

W kolejnym odcinku:


Odcinek 2.

A ten mały miał takie komiksowe imię...



Wydawało się, że wszystko robi się czarno-białe, jak w klasyce filmów noir. Mężczyzna postawił kołnierz szarego trencza, po czym przejechał dłonią po brzegu ronda fedory. Powoli podniósł głowę, a cień rzucany przez kapelusz odsłonił zielone, cętkowane brązowymi plamkami tęczówki i kilka piegów na policzkach.
- Tracy. Dick Tracy.
* * *
- A ty kim jesteś? - Dean pomacał włosy Kelly, obecnie ogniście rude.
- Spadaj z łapami, Dick - błysnęła mu fleszem aparatu po oczach.
* * *
Kiedyś gładka skóra, teraz usypana czerwieniącymi się pęcherzami i sinymi zbliznowaceniami.
* * *
Obcisły, czarno-czerwony kombinezon, który chociaż pod samą szyję, to jakby odsłaniał wszystko.
* * *
Niemal cała mieniła się na srebrno.
* * *
Sam przyglądał się zdezorientowany, jak starszy brat stoi niczym wmurowany z otwierającymi się coraz szerzej ustami. Na twarzy miał wymalowany ten stan niepokojącej błogości, jak wtedy, gdy wydał dwadzieścia dolarów w ćwierćcentówkach na wibrującym łóżku.
- Dean? Co ty robisz? - skrzywił się, machając dłonią przed zahipnotyzowanymi oczami brata.
- Kot - Dean westchnął głęboko
* * *
Szarpnęła ją za rękę, ściągając na podłogę. W tym samym momencie odłamki szkła przeleciały nad ich głowami. Dziewczyna skuliła się, opatulając rękoma kolana i jęcząc:
- Nie chcę umrzeć, jako dziewica!
* * *
- Nie wszystko o Bondzie jest fikcją - Hetty prysnęła wodą na doniczkowego bananowca - Znałam kiedyś pierwowzór pana Bonda, agenta MI6. Tajemniczy i zabójczo uprzejmy. Bond w wielu aspektach mu nawet nie dorasta. Chociaż niektóre historie... cóż... powiedzmy, że mam licencję pilota i w młodości nosiłam obcisły kombinezon...




_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Nan
Pępuszek


Dołączył: 10 Paź 2006
Posty: 1227
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto Sie 30, 2011 9:03 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Przed siedzibą stacji Komnata jeszcze dzisiaj rano wrzał tłum, wśród zebranych słychać było niezadowolone pomruki typu "miało być!", "dlaczego nie ma?", ktoś nawet zakrzyknął "granda". Szefowie stacji z niepokojem obserwowali tłum, oczekujący na nowy odcinek Octocobry. Ale... chwileczkę... zaraz, coś się dzieje...! Tak, tłum runął do wnętrza budynku! Proszę państwa! Co...? Nie, nie chcą rozszarpać twórców serii, a przynajmniej jeszcze nie teraz, nie, proszę państwa, właśnie rozpoczyna się emisja Octocobry! Przepraszam! No gdzie z tymi łokciami, suń się pan...!

Cytat:
ewentualnie zęby

Zęby są najtwardszą częścią człowieka. Tyle zostało mi w głowie po zajęciach z antropologii...

Cytat:
Na czele ze starymi lalkami, one zawsze były nawiedzone!

Zgadzam się. Lalki to dopiero są creepy. Nawet w CSI:NY był taki odcinek (za starych, dobrych czasów, kiedy CSI dało się jeszcze oglądać, a świętojebliwość Maca i nieomylność reszty oraz pokaz nierealnych technologii nie zmuszały go zgrzytania zębami), z lalkami i trupem.

Cytat:
Miał też zacięcie do tworzenia własnych pakiecików szkolnego zabójcy

A propos... czy ktoś może czytuje Tess Gerritsen? Fajne kryminały, serio. Ostatni z nich skończył się tak, że młodociany nawrócony przestępca został wysłany do szkoły w innym stanie, na osobności, którą określano jako "szkoła specjalna" (ale nie w sensie, że dla nieuków), a bohater wymienił spojrzenia z facetem fundującym mu tą szkołę i w tymże spojrzeniu bohater dostrzegł coś jeszcze, czego nie zauważyli pozostali. W rozmowie z przyjaciółką upierałam się, że młodociany został wysłany do szkoły dla zabójców, ale zostałam wyśmiana i oskarżona, że oglądam za dużo seriali kryminalnych. A otóż nie, w dalszym ciągu sądzę, że to szkoła dla zabójców i że nawet Artur jest tam jednym z wykładowców! O!

Cytat:
Rozpłatanie kilku ludzików, zostawienie trupka to tu to tam, sprawiało przyjemność na miarę sporego deseru z polewą.

To ja jednakowoż wolę ten deser. Może być bez polewy, bo nie lubię.

Cytat:
że czas zainwestować w przenośną drabinkę.

Taką sznurową proponuję. Można zwinąć i wepchnąć do kieszeni.

Cytat:
Sasha tego nie mówiła, ale gadała coś po rosyjsku, co równie dobrze mogło oznaczać "naskocz mi".

Ona się w ogóle odzywa?

Cytat:
trzask rozbijanego szkła zwiastował mniej uprzejme wtargnięcie pozostałych członków ekipy

Jestem ciekawa, kto to później wszystko posprząta. Nabałaganić to wszyscy, ale pewnie, żeby posprzątać, to już nie ma komu...

Aaaa, i podoba mi się banerek! Oj, bo będą rozruchy pod siedzibą stacji...
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Wto Sie 30, 2011 9:40 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Jestem ciekawa, kto to później wszystko posprząta. Nabałaganić to wszyscy, ale pewnie, żeby posprzątać, to już nie ma komu...

E, obstawiałabym, że tak kreatywnie wyspecjalizowana jednostka, jak Octocobra, ma swoja małą ekipę Sprzątaczy. Na miarę Winstona z Pulp Fiction czy Victora z Kryptonim Nina - swoją drogą, obu sprzątaczy grał ten sam aktor... podejrzane. Możnaby tę octoekipę sprzątaczy nawet upchnąć w którymś odcinku, o
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Maleństwo
Słodka Nieuświadomiona


Dołączył: 10 Paź 2006
Posty: 712
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Wto Sie 30, 2011 8:53 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nie wiedziałam, że kumple rodzaju męskiego lubią chodzić na zakupy Rolling Eyes masz jakiś kumpli nie z tej ziemi...

Krótka, mała część, ale za to szybko im poszło, ale to zapewne dlatego, że są tak bardzo uzdolnieni, bo...

Cytat:
Obaj jesteście świetni, duzi, sprawni. Mieliśmy megaorgazm!


Dobrze było i to poniżej Cool ...nie wiem skąd mi się to wzięło Shocked To zapewne skutek mojego "niedogrzania" w tym tygodniu, ale do rzeczy...

Cytat:
Oni mogli sobie narzekać, ile chcieli, ale Hetty wpuszczała jednym uchem a wypuszczała drugim wszelkie nagabywania o pracownicze dopłaty do zajęć rekreacyjnych.

No bo to jest w pełni kapitalistyczny pracodawca. Ten typ tak ma, jak najwięcej wycisnąć, z jak najmniejszymi kosztami własnymi. Może choć czasami dostaną dodatek za uszczerbek na zdrowiu w ramach specjalnych warunków pracy, choć i w to wątpię, raczej...
Cytat:
...przenośną drabinkę

zawiniętą w piękną kokardkę, jako prezent pod choinkę. Choć pewnie będzie to jedna drabinka na cały zespół Wink bo trzeba ciąć koszty Confused jakbym słyszała swojego kierownika. A w ramach wydatków - jedną mała drabinkę mam na zbyciu, za darmo Wink

No i w końcu mamy cosik więcej o Arthurze. Całkiem interesujące ma zdolności, ciekawe co jeszcze potrafi. Na pewno nie jest w gorącej wodzie kąpany, bo ileż to trzeba cierpliwości i wytrwałości, by takie coś zrobić...po prostu siła i precyzja Cool

I tak już na koniec, banerek cacy i nowa część zapowiada się super cacy, tylko łapki zacierać. Oby była w miarę szybko

A co do Hetty, to byłam bardzo blisko he
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Czw Wrz 15, 2011 3:10 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem





Odcinek 2.

A ten mały miał takie komiksowe imię...




Oderwała idiotyczną przylepną karteczkę z napisem "Mia, życzę miłego dnia". Pierwsze, nikomu nie życzyła nic miłego. Wokół sami zadufani palanci, a ona musiała grosz do grosza zbierać na studia swoich dwóch synów darmozjadów, którym nie chciało się iść do roboty. Drugą kwestią była ignorancja jej szefa, o połowę od niej młodszego, który w swoim braku wiedzy i szacunku, skrócił jej imię. Bo dla niego Mieczysława było nie do wymówienia. Mały gnojek, który zrobił licencjat przez internet, a swój brak dziewczyny wyżywał na pracownikach porządkowych. Wszyscy więc wołali na nią Mia, co kojarzyło się jej z przywoływaniem kota. Gdyby tak mogła ich podrapać...

Drapała tylko podłogę, kiedy zeskrobywała bezczelnie wyplutą gumę do żucia. W najbliższych tygodniach spodziewała się jej podwójne ilości. To miejsce było dziwne. Znaczy zwykle było normalne, ale przez najbliższe trzy tygodnie miało pozostać najbardziej pokręconym pod słońcem. Pełnym odmieńców, bez poszanowania dla jej harówki przy zamiataniu gmachu. W jej kraju nie było takich porąbańców. A może i byli, ale zeszli do podziemia, albo coś. W Polsce zawsze się schodzi do podziemia. Tylko w Stanach dorosłym mogło przyjść do głowy, by zachowywać się i funkcjonować, jak siedmioletnie dzieci. Non stop, nie na Halloween. Alejki centrum kongresowego, zwykle porządnego i poukładanego, teraz przypominały tło taniego serialu science-fiction z lat siedemdziesiątych. Stelaże z kiczowatymi plakatami, gablotki pełne przyrządów do Bóg wie jakich zboczeń. Dla niedojrzałych maminsynków, wciąż mieszkających w domu rodzinnym na łóżkach w kształcie samochodu. Za dnia snuli się tabunami, przekrzykując wzajemnie i odgrywając scenki, jak jej synowie w dzieciństwie. A te kobiety? W większości półnagie, rzucające się na podstarzałych żonatych mężczyzn w czerwonych kalesonach albo czarnej masce na twarzy.

I jak oni to nazywali? Komikon? Kominon?

Kij z tym, i tak było Sodomą.

Szturchnęła miotłą czarny samochód na podświetlanym obrotowym podwyższeniu. Mercedes to nie był. Przypominał samochód dla tych młodych ludzi, co farbowali włosy i jeździli z tanimi dziewczynami, albo co gorsza, z mężczyznami. Nie zamierzała tego czyścić! Już nabawiła się nerwicy przy ekspozycji z pająkami. Zamierzała właśnie chlusnąć wiadrem na podłogę pod neonowym, obecnie wyłączonym napisem "Teleportacja", kiedy dziwne mruczenie odwróciło jej uwagę. Brzmiało jak zepsuta jarzeniówka w jej kuchni.

Minęła szereg manekinów ubranych w obcisłe trykoty, kierując za narastającym dźwiękiem. Coś większego niż jarzeniówka, w zdecydowanie bardziej nowoczesnym kształcie, pluło ostatnimi tchnieniami baterii, na którą niechybnie musiało działać. Przypominało wielkie, wyrastające z ziemi kryształy o jaskrawozielonym zabarwieniu, których światło pulsowało rytmicznie z dźwiękiem. Mieczysława schyliła się, żeby poszukać wyłącznika, bo nie zamierzała znosić tego irytującego tonu przez całą noc. Pstryczka jednak nigdzie nie było. Za to wysoki mężczyzna w obcisłym niebieskim wdzianku z czerwoną peleryną leżał na wznak. Twarzą wciśniętą w wykładzinę.

- Świetnie, zapruł się - mruknęła pod nosem, szturchając pijanego miotłą. Namoczyła ścierę w wiadrze z mydlinami i wykręciła na jego głowię. Ani drgnął.

~ * ~

Odrapane niebieskie drzwi otworzyły się powoli. Sylwetka Bobby'ego wyłoniła się z przyciemnionej czeluści własnego gabinetu, który w rzeczywistości przypominał raczej baro-księgarnię. Można rzec, że Bobby niezwykle zadomowił się w jednostce. Jego gabinet wyglądał identycznie, jak jego mieszkanie. Trochę kurzu, chociaż sprzątaczki uporczywie co drugi dzień starały się ogarnąć ten przemożny syf, sterty książek, którym wygodniej leżało się w piętrowych wieżyczkach na podłodze niż na regałach. Do ścian poprzyczepiane rysunki z rytualnymi rycinami, albo mapy z wbitymi szpilkami o różnokolorowych główkach. Na lepiącym się blacie obok kubka po kawie, lśniły dumnie w słoneczku butelki po whiskey. Nie, Bobby nigdy nie był pijany, ale nie było również dnia, w którym nie łyknąłby sobie z piersiówki. Chciało mu się szczególnie pić w dwóch przypadkach, kiedy dzwoniła była żona oraz kiedy musiał rozmawiać ze swoimi podwładnymi.

Po prawdzie, Bobby by ich nie zamienił na nikogo innego. Chociażby z prostego powodu, że z nowymi nie chciałoby mu się użerać. Z tymi przynajmniej już nauczył się obchodzić. A właściwie troszkę ich nawet lubił. Winchesterów wręcz musiał lubić, odkąd przyszło mu sprawować nad nimi opiekę po zmarłym Johnie Winchesterze. Paskudny wypadek. Jeszcze paskudniejsze to, czego Hetty nie chciała im powiedzieć, a był pewien, że tkwiło w jej aktach na dnie malutkiego sejfu, do którego żaden Rambo nie miał szans się dostać. On sam nie wiedział, jaki zapisek był w rubrykach dotyczących śmierci Johna, ale był pewien istnienia takiego zapisku. Hetty milczała w tej kwestii. Jak w większości innych spraw. Może to i lepiej, żeby ani on, ani młodzi Winchesterowie nie dowiedzieli się o wszelkich dodatkach, jakie wiązały się z tą śmiercią. Wszyscy w jednostce mieli wystarczająco schrzanione życie. Być może dlatego też Bobby ich nawet lubił, te narwane dzieciaki, sprawiające niemal same kłopoty. I tylko musiał sobie golnąć, kiedy patrzył na nich z góry, przez barierkę.

Ukradkowo wychylił piersiówkę, przyglądając się tendencyjnemu dniu pracy w Octocobrze. Tendencyjnemu, kiedy akurat nie byli w terenie. Małą mekkę Hetty od reszty łowców oddzielał antyczny parawan i wielki bananowiec w brązowej donicy, który osobiście spryskiwała codziennie. Zaraz za bananowcem pomiędzy półkami z podwójnego szkła siedziała Jo, zbyt ochocza a mało skuteczna praktykantka. Analizująca raporty, czytająca książki, ukradkiem bazgrząca na kolanie. Jakiś potencjał miała, całkiem nieźle operowała bronią, ale wiele wody upłynie zanim pozwoli jej wejść do stałej ekipy. W półokrągłej nawie parteru miejscówkę miał Arthur. Na haczykach podwieszone były najstarsze z łowieckich sprzętów, nie nadające się już do niczego, ale rzekomo przynoszące inspirację jednostkowemu płatnerzowi. Jak zwykle rysował coś na kartce, wertując jednocześnie drugą ręką rozpadającą się książkę. Idealnie po przeciwnych stronach szerokiego kafelkowanego przejścia stały biurka Kelly i Nem. Ta pierwsza leżała płasko na blacie, opierając brodę na ręce i stukając monotonnie w jeden klawisz komputerowej klawiatury. Ale tylko pozycję miała leniwą, po oczach można było się domyśleć, że chłonie, o czymkolwiek czyta na ekranie. Zwykle przeglądała najmniej popularne, upchnięte w cybernetyczny kąt strony o paranormalnych artefaktach. Dzięki temu raz znaleźli Tulpę. Natomiast Nem z wyciągniętymi na biurku nogami czytała książkę. Bobby zmrużył oczy, żeby odczytać tytuł na rozmazanej okładce. I musiał znów sobie łyknąć z piersiówki. "Królowe skandalistki" brzmiało dość przeciętnie, ale dokończenie tytułu brzmiało aż nazbyt w stylu Nem - "Okrutne, występne, lubieżne".

Dwa metry dalej Dean Winchester pochylał się nad rozłożonym raportem, który miał dokończyć. Oczywiście zamiast to robić, wyrywał kartki z notatnika, zgniatał je w kulki, którymi kolejno celował w głowę swojego brata, siedzącego prostopadle do biurka Nem. Początkowo Sam jedynie uchylał się lub wydawała z siebie westchnienia irytacji. W końcu jednak zaczął odrzucać kulki, co znacząco kolidowało z jego poszukiwaniami w bazie danych. Ci dwaj idioci byli dla Bobby'ego, jak synowie. Prawdopodobnie dlatego wkurzali go podwójnie. Najgorzej, kiedy obaj na raz szli podobnym nurtem, jak choćby w tych idiotycznych wojnach na dowcipy. Dopiero kara wymierzona przez Hetty usadziła ich w miejscu. Za to nigdy nie trzeba było usadzać Sashy, zanurzonej przy swoim odległym biurku z kubkiem kawy w dłoniach i słuchawkami w uszach. Robiła, co miała zrobić, nie przesadzając przy tym z fajerwerkami. Chociaż można było zejść przez nią na zawał, kiedy dostawała swojego transu.

I z tą menażerią musiał sobie radzić. Jasne, byli skuteczni, świetni w swojej robocie, rzec można niezastąpieni, ale pająki też są niezastąpione a nikt ich nie lubi. Ci zyskiwali tylko na tym, że nie byli tak włochaci - przynajmniej nie wszyscy.

Schował piersiówkę do wewnętrznej kieszeni wędkarskiej kamizelki. Olewał etykietki o odpowiednim ubiorze w jednostkach reprezentujących rząd, nawet jeśli oficjalnie właściwie nie istnieli. A Hetty dawno przestała się przejmować, że Bobby wygląda, jak właściciel złomowiska, Nem biega w szpilkach, a Winchesterowie mają kilkudniowe koszulki na sobie.
- Zebranie! - ryknął schodząc po schodach.
Jo wyleciał długopis z ręki, ale nikt inny nie zareagował zbyt gwałtownie. Może poza papierową kulka Deana, która miast trafić w głowę Sama, rozplaskała się na oknie.
- Oby coś ciekawego - Winchester ziewnął, przeciągając się - Może jakiś demon? Dawno ich nie mieliśmy.
- A ty co? Rasista? - Nem nie bywała urażona wzmiankami o demonach. Wcale się takim nie czuła, w sensie czucia się demonicznym potomkiem czy coś. Nie jadała krwistych steków, nie miała awersji do dzieci, a po święconej ziemi mogła sobie chodzić i tańczyć i pluć. Tak czy inaczej, niby tę piekielną część w sobie miała, co niektóry wciąż jej wypominali.
- Moja wina, że twoi kuzyni są z piekła rodem? - Dean wzruszył ramionami.
- Rodziny się nie wybiera - zrobiła dramatyczny gest ręką - Popatrz na swojego brata - zignorowała oburzone "Ej!" - Jest co najmniej dziwny.
- Sama jesteś dziwna - Kelly wtrąciła się w rozmowę, trącając Nem biodrem. I starając brzmieć, jak najbardziej neutralnie. Jeszcze by jej brakowało, żeby ktokolwiek domyślił się zaborczości wobec Sama.

- Och, przymknijcie się wreszcie - Bobby zdzielił po kolei całą czwórkę, równym, sprawiedliwym klepnięciem w potylice.
Baby na targu mniej gadały niż oni. Odezwało się jedno, to zaraz drugie i trzecie, jak program na Animal Planet. Dobrze, że się odchodami nie obrzucali...

- Akcja wymaga szybkiego działania. Podejrzewam, że mamy na nią niespełna dwa tygodnie - Bobby nie zamierzał przez kolejny kwadrans obserwować wojny o władzę, więc przejął tę władzę osobiście - Rzecz miejscowa, co przynajmniej nam trochę ułatwia zadanie. W hali kongresowej Art Of Diplomacy odbywa się Comic-con.
- Co-co? - no i może Sasha nie była na czasie ze wszystkimi wymysłami Ameryki, chociaż już prawie pół swojego życia tutaj przesiedziała.

Wciąż miała oporną słowiańską duszę, jeszcze bardziej upartą rosyjską dumę, która podświadomie chciała pluć na amerykańską stonkę ziemniaczaną oraz inne pomysły.

- Comic-con to doroczny zjazd wielbicieli oraz przedstawicieli świata komiksów, książek komiksowych, głównie związanych z tematyką science-fiction. Rozrasta się to do ram seriali czy filmów związanych z tą tematyką, czyli na bazie komiksów, lub komiksów powstających w oparciu o dany serial. No co?
Wszyscy wpatrywali się w Sama, kiedy z natchnieniem wyrecytował formułkę. Dean przewrócił oczami i pokręcił głową. Poczucie winy, że zbyt wiele razy pobił brata w dzieciństwie i teraz urazy głowy wychodziły na jaw, zaczynało go zżerać. No przecież Sammy miał dziewczynę, narzeczoną wręcz. Ósemeczkę w deanowej kategorii, albo zsumować na szesnasteczkę, gdyby przyznać po osiem za każdą pierś Jess.
- Czyli to spęd wielbicieli ufoludków? - Sasha upewniła się, tak podejrzewała, że to będzie coś głupiego.
- Nie do końca - Sammy cmoknął z niezadowoleniem - Komiksy obejmują szeroką gamę tematów, nie tylko kosmitów. Właściwie, to przeważają superbohaterowie o supermocach, oraz ich wrogowie. Jak Superman.
- Aaa, to znam - blondynka pokiwała głową.

W Rosji też mieli. Na przykład komiks o Żółwiach Ninja, którymi dowodził wielki rosyjski niedźwiedź z bronią zrobioną z bałałajki.

- Słodko, że każdy wie, kim jest Superman - Bobby rzucił gąbką od tablicy w ich stronę - Odkąd rozpoczął się konwent zanotowano już dwa zgody. Bardzo tajemnicze, a wręcz nieprawdopodobne. Pierwsza ofiara to wielbicielka z Sacramento, pomagająca rozstawić wystawkę, yyy - zajrzał do raportu, nie łapał się w tych wszystkich głupich nazwach - Watchmenów... co za ssące cycek matki kujonowate wymoczki bez erekcji wymyślają te komiksy, u licha?!
Za czasów jego młodości największym odjechaniem była muzyka rockowa . Szaleli w naprawdę twórczy sposób, albo przynajmniej nad marihuaną. A współcześnie? Zamiast wyjść do ludzi, ślęczeli przy komputerach i udawali, że są średniowiecznymi rycerzami. Gorzej, niektóry wręcz w to wierzyli.
- W każdym razie - westchnął głęboko - Babka pomagała rozstawić wystawę i poraził ją prąd. Śmiertelnie. Uznano to po prostu za nieszczęśliwy wypadek. A wczorajszej nocy sprzątaczka znalazła mężczyznę, martwego, na wystawce Supermana. Jego sekcja zwłok wykazała śmierć naturalną. Co powinno być bardzo dziwne, zważywszy, że miał dwadzieścia kilka lat. Analitycy nie znaleźli pomiędzy nimi nic wspólnego, poza uczestnictwem w konwencie i manii na punkcie komiksów.
- Czyli dwoje dziwadeł zginęło prawdopodobnie przez to, że byli dziwadłami - Dean splótł ręce za głową.

- Gorzej - Bobby odchrząknął - Sprzątaczka, która znalazła zwłoki mężczyzny oświadczyła, że znalazła je przy pulsujących zielonych kryształach z wystawki. Które jakimś sposobem znów stały się kartonowe i pomalowane farbą, gdy zjawiła się policja. Uznali, że sprzątaczka była w stanie szoku.
Nic dziwnego. Znaleźć nieprzytomnego faceta w rajtuzach, musiało być traumatyczne.

Sammy przeglądał fotografie z kongresu, na których uwieczniono ofiary. Ten drugi był łatwy do odgadnięcia, szablonowy wręcz. Kombinował przy kobiecie. Miała perukę jasnych włosów, po której zdjęciu okazało się, że jest w rzeczywistości wypłowiałą rudą kobietą. Ubrana dość przeciętnie, jak na konwent science-fiction. Dżinsy, obcisła bluzka na wzór brytyjskiej flagi. Zaraz... ta flaga coś mu się kojarzyła. Wonder Woman biegała w stroju przerobionym z amerykańskiej flagi. Podobnie Kapitan Ameryka. Ale był ktoś od Brytyjczyków, rzeczywiście. A jak wreszcie skojarzył, to jej śmierć też zaczynała pasować do całości.
- To Jenny Sparks - popukał palcem w fotografię. Pozostali popatrzyli na niego z konsternacją - Postać, za którą się przebrała, to Jenny Sparks. I pasuje. Faceta przebranego za Supermana rzekomo zabiły zielone kryształy, czyli Kryptonit, to co w komiksach jest dla niego śmiertelne. Jenny Sparks co prawda umarła poniekąd naturalnie, ale jej mocą była elektryczność... Kobietę poraził prąd. Tak jakby do siebie pasuje.

Wszyscy nadal się w niego wpatrywali. Szczególnie Dean, próbujący wykalkulować w głowie, jak wielkie jest prawdopodobieństwo, że jednak nie są ze sobą spokrewnieni




-----
mini bonusik - plan według wyobraźni Niuni dwóch głównych pięter jednostki Octocobra
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Nan
Pępuszek


Dołączył: 10 Paź 2006
Posty: 1227
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią Wrz 16, 2011 11:08 am    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Bo dla niego Mieczysława było nie do wymówienia

Pokaż mi obcokrajowca, dla którego to jest do wymówienia... BTW, zawsze przychodzi mi na myśl Aniołowa z Alternatyw i okrzyk Anioła "Miećka!" Laughing

Cytat:
W Polsce zawsze się schodzi do podziemia.

Tak, Polska to kraj podziemny. Swoją drogą - cóż za patriotyczny akcent.

Cytat:
Dla niedojrzałych maminsynków, wciąż mieszkających w domu rodzinnym na łóżkach w kształcie samochodu. Za dnia snuli się tabunami, przekrzykując wzajemnie i odgrywając scenki, jak jej synowie w dzieciństwie. A te kobiety? W większości półnagie, rzucające się na podstarzałych żonatych mężczyzn w czerwonych kalesonach albo czarnej masce na twarzy.

Idea Comic-conu zawsze była dla mnie szurnięta. Tak samo jak idea Las Vegas - no rzeczywiście, cóż za rozrywka na środku pustyni, orżnąć ludzi w kasynach, atakować ich plastikowymi, upiornie kiczowatymi Elvisami i Dolly Parton... ten naród nie może być normalny. Zdecydowanie.

Cytat:
Przypominało wielkie, wyrastające z ziemi kryształy o jaskrawozielonym zabarwieniu, których światło pulsowało rytmicznie z dźwiękiem.

Te, no, ten kicz z Roswell, co to było... grenadium? Granadium? Bo grenadyna to chyba raczej nie...

Cytat:
Chciało mu się szczególnie pić w dwóch przypadkach, kiedy dzwoniła była żona oraz kiedy musiał rozmawiać ze swoimi podwładnymi.

Trochę, jakby bał się swoich podwładnych...

Cytat:
tkwiło w jej aktach na dnie malutkiego sejfu, do którego żaden Rambo nie miał szans się dostać.

Mogę się założyć, że Rambo to nie, ale Neal Caffrey by się włamał! I jeszcze zostawiłby jej tulipana z origami! A Hetty byłaby pod takim wrażeniem, że nawet nic by mu nie zrobiła!

Cytat:
wielki bananowiec w brązowej donicy,

Figowce, bananowce, daktylowce... a tu - malutkie geranium!

Cytat:
Jasne, byli skuteczni, świetni w swojej robocie, rzec można niezastąpieni, ale pająki też są niezastąpione a nikt ich nie lubi

Doskonałe porównanie!

Cytat:
- Sama jesteś dziwna - Kelly wtrąciła się w rozmowę, trącając Nem biodrem. I starając brzmieć, jak najbardziej neutralnie. Jeszcze by jej brakowało, żeby ktokolwiek domyślił się zaborczości wobec Sama.

Team Kelly!

Cytat:
Dobrze, że się odchodami nie obrzucali...

...jeszcze...

Cytat:
W Rosji też mieli. Na przykład komiks o Żółwiach Ninja, którymi dowodził wielki rosyjski niedźwiedź z bronią zrobioną z bałałajki.

Taaaa... nie wiem, dlaczego, ale zestawienie Supermana z niedźwiedziem z bałałajką dziwnie jakoś na mnie wpłynęło.

Cytat:
Wonder Woman biegała w stroju przerobionym z amerykańskiej flagi. Podobnie Kapitan Ameryka.

Jakie to szczęście, że Kapitan Żbik albo Kajko i Kokosz nie chodzili w polskiej fladze narodowej, w końcu odrobina oryginalności...

Cytat:
Szczególnie Dean, próbujący wykalkulować w głowie, jak wielkie jest prawdopodobieństwo, że jednak nie są ze sobą spokrewnieni

Laughing
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Pią Wrz 16, 2011 1:03 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Cytat:
Taaaa... nie wiem, dlaczego, ale zestawienie Supermana z niedźwiedziem z bałałajką dziwnie jakoś na mnie wpłynęło.

Najgorsze, czy najlepsze - zależy jak na to patrzeć - że ten niedźwiedź z bałałajką to prawda.

TO
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Pon Paź 10, 2011 8:15 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dawno mnie tu nie było Rolling Eyes Ale już jestem. Mam świeżutki, całkiem długi rozdział.

A najpierw wieści z octo-frontu. Dobry spoiler nie jest zły, prawda?

Primo, w trzecim odcinku (Sasha, The Stupidity Slayer) pojawi się postać członka zespołu, o którym czasem się wspominało, a jeszcze nikt go nie widział. Tak, wreszcie poznamy dr Clemente. Który będzie miał nie lada wyzwanie - poradzić sobie z piątką chorujących łowców!

Po drugie, wiadomo już, kto będzie tytułowym szatanem ze świątecznego odcinka (Satan Claus) - wspaniała gościnna rola, szatańsko przepięknej... Monici Bellucci. Czyżby diabeł miał mieć tak kobiecą formę? I dlaczego akurat w Święta?

Na koniec dodamy smaczku powracając do tematu skrzyżowania z innym serialem. Wspominałam już, że przetną się drogi Octocobry z jednym, gorącym serialem. Otóż... będzie to... Ostry Dyżur! Stuknięci łowcy kontra stuknięci lekarze? Ja się nie mogę doczekać! Twisted Evil

Pozdrowienia z octo-frontu,
Ośmiorniczka.




Odcinek 2.


A ten mały miał takie komiksowe imię...


część druga



Tłum kolorowych stworków, którzy pod spodem byli rzekomo ludźmi, przemieszczał się chaotycznie wszystkimi alejkami sali kongresowej. Oni też się mieli przemieszczać i rozglądać, ale wykonanie jakiejkolwiek strukturalnie sensownej akcji nie było możliwe, kiedy tabuny oszołomionych ludzi kłębiły się między sobą. Koniec końców sami się pogubili. Lepiej jednak było to nazwać rozdzieleniem się, w celu zbadania większej powierzchni. Dziwnym zrządzeniem losu, bracia Winchester pozostali razem. Niektórzy robili czasami przytyki, że byli zrośnięci niewidzialną kością, dlatego wszędzie razem łazili. Woleli jednak myśleć, że są zgranym duetem. Bo o takiej kości od zrośnięcia to różnie można pomyśleć, nigdy nie wiadomo, która to niby jest, gdzie wystaje, gdzie wchodzi i w ogóle. A dobrze współdziałający duet brzmiał lepiej. Nawet kłamali identycznie. Na szczęście nie wszystkie odruchy mieli podobne, z czego cieszył się głównie Sammy, bo Dean był przekonany o własnym geniuszu.

Obecnie Sam przyglądał się zdezorientowany, jak starszy brat stoi niczym wmurowany z otwierającymi się coraz szerzej ustami. Na twarzy miał wymalowany ten stan niepokojącej błogości, jak wtedy, gdy wydał dwadzieścia dolarów w ćwierćcentówkach na wibrującym łóżku.
- Dean? Co ty robisz? - skrzywił się, machając dłonią przed zahipnotyzowanymi oczami brata.
- Kot - Dean westchnął głęboko.

Nie było raczej możliwe, żeby pomiędzy ludźmi snuł się jakiś kot. Każde zwierze uciekłoby z tego ludzkiego safari. Oni niestety nie mogli. Gorzej, musieli się wmieszać w tłum dziwolągów, dla których to oni w przeciętnych strojach byli odmieńcami. Mijający ich kolorowi przebierańcy, rzucali im zdegustowane i nieufne spojrzenia. Jakby nie posiadanie peleryny było passe. Odbiegali też od rażących kolorów, plastikowych imitacji laserów. Sam czuł się nieswojo, chociaż w dzieciństwie naprawdę uwielbiał komiksy. Pozwalały mu na oswojenie się z potworem spod łóżka, bo wierzył, że tato jest superbohaterem. W czym Dean go nieustannie umacniał, wychwalając wyczyny ojca i obiecując, że na pewno święta spędzą razem. Nie spędzali, lecz mimo wszystko Sam wyobrażał sobie, jak jego ojciec ratuje świat. Przeciwnie do Deana, trwającego w irytującym stanie zawieszenia.
- Jaki kot? - Sam zmarszczył brwi. Czasami odnosił wrażenie, że mówili różnymi językami. Coś jak rozmowa Chińczyka z Nigeryjczykiem. Jeden mówił o intelekcie, drugi o cyckach.
- Ehh - Dean westchnął ponownie, z rozmarzeniem.
Wreszcie Sam podążył wzrokiem we wskazanym kierunku. Pomiędzy ruszającymi się podróbkami Wonder Woman i Batmanów, prężyła się kobieta w czarnym lateksie, zszywanym grubymi białymi nićmi.

Kobieta Kot.

Sam przewrócił mimowolnie oczami, co nie kolidowało z jednoczesnym przedłużonym w czasie zlustrowaniem wielbicielki czarnego charakteru z serii o Batmanie. Michelle Pfeiffer to nie była, ale niewiele jej brakowało. Chrząknął jednak wymownie, szturchając łokciem brata.
- Spróbujmy się czegoś dowiedzieć - zamierzał również dodać, że wcale nie zaczną od przesłuchiwania Kotki, ale kobieta akurat zauważyła, że się w nią wgapiają.
Pomachała im powoli, jakby każdym paluszkiem po kolei, po czym polizała własną rękę i otarła ją o głowę.
- W sumie - Sam przechylił głowę na bok - Możemy zacząć od niej.
- Masz narzeczoną - Dean przepchnął się pierwszy do przodu, drogę co chwilę blokowali im kolejni Vaderowie z nadwagą.

Zatrzymał się nawet i zamrugał parokrotnie, kiedy minęli ponad stu osiemdziesięciocentymetrowego faceta z szerokimi barami... w stroju księżniczki Lei z "Powrotu Jedi".

Mocy zdecydowanie z nimi nie było.

Do łaszącego się celu było już niedaleko, gdy wyłoniła się najgorsza barykada ze wszystkich. Mur mogli przeskoczyć, drut kolczasty pociąć, tunel wykopać, przeleźć pomiędzy laserami. Ale przed tym nijak nie dało się uciec. Podwójna zapora, jak dwugłowy potwór, co się mu odcina łby a one odrastają. Octohydra, czyli Nem i Kelly, które przypadkiem odnalazły się w tłumie. I ku swojemu zadowoleniu znalazły też Winchesterów. Zdecydowanie ku swojemu, bo nie ku ich. Wiele rzeczy, które zadowalały Kelly i, tudzież lub, Nem, wcale nie były tym samym dla innych przedstawicieli rasy ludzkiej. Zwłaszcza płci przeciwnej.

- To jakiś zwierzyniec jest - brunetka wzdrygnęła się z obrzydzeniem - Oni nie mieli misia w dzieciństwie, czy co?
- Albo raczej tulili się do misia zamiast tracić dziewictwo - Kelly z politowaniem pokręciła głową nad trzema dorosłymi facetami w różnokolorowych pelerynach.
- Albo stracili dziewictwo z rzeczonym misiem... - Nem mruknęła. Jak tak patrzyła na niektórych, to było bardzo prawdopodobne.
- Chyba wyrzucę wszystkie pluszaki, jakie mi zostały - nie miała ich zbyt wiele, ledwie trzy, w większości będące głupimi prezentami od facetów. A że były mięciutkie i urocze, to ich nie wyrzuciła, tylko leżały na parapecie. Po dzisiejszym dniu Kelly jednak stwierdzała, nadszedł czas na odprawienie egzorcyzmów nad pluszakami i wykopanie ich.
- Jesteś obleśna - Sammy pokręcił karcąco głową nad Nem. Winą było, że miał winchesterową wyobraźnię i wiele pomysłów od razu mu się kształtowało w głowie.

- Ja? - rozłożyła ręce, jakby prezentowała coś na wystawie - A to co? Przed chwilą widziałam zielonego faceta, który próbował językiem przylepić się do zawiasów!

- Oj, zostaw go - wtrącił się Dean, bardziej ze znudzenia niż z poczucia braterskiej solidarności - Pieni się, bo sam jest prawiczkiem.
- Nie jest... - Sam prawie krzyknął oburzony, hamując się w pół słowa i zniżając głos - Nie jestem prawiczkiem - wycedził przez zęby.
- A masz pluszaki? - starszy Winchester wyszczerzył się z zadowoleniem.
- Ma moją siostrę - Kelly odezwała się grobowo, mierząc ich wszystkich po kolei piorunująco wkurzonym spojrzeniem - A wasza rozmowa właśnie się zrobiła obrzydliwa. Ani słowa o czyimkolwiek seksie - pogroziła palcem w stronę Sama - O misiach, zabawkach - pchnęła palec prosto w czoło Deana - Ani o facetach liżących futryny - wskazujący pokiwał przed oczami Nem.

Ktokolwiek jeżdżący językiem po drzwiach nie był tematem, nad którym chciałaby debatować ani który chciałaby oglądać. Do pluszaków właśnie nabawiła się urazu. Nie wspominając o kwestii seksu Sama z Jess, co było tematem paru bezsennych nocy Kelly. Nie w sensie, że ich seks ją budził. Być może wtedy doznałaby awersji do Winchestera i nie potrafiła patrzeć na niego ukradkiem z zachwytem. Najczęściej spomiędzy wielkich liści bananowca, kiedy wchodziła do jednostki. Z zielonymi fragmentami liścia było mu do twarzy. Ale o zielonym też nie chciała myśleć, bo u licha ten facet naprawdę był zielony i lizał zawiasy! Kelly potrząsnęła głową i potarła palcami powieki, obraz się niestety nie zacierał.
- Oni w ogóle nie chcą gadać - westchnęła poirytowana - Zamykają się, jak kłódki, albo nawijają o przygodach Supermana. Zastraszenie ich utrudnianiem śledztwa też nie podziała.
Kłódki można było przepiłować, a nie sadziła, by Hetty zaaprobowała straszenie ludzi piłą tarczową, jako dobrą metodę przeprowadzania wywiadu.
- To klika dziwaków - Dean wzruszył ramionami - Nie będą się wzajemnie wkopywać. Mają tę swoją klikę, do której dostęp mają albo inni maniacy albo co najwyżej matka z pralką. Nie ufają nikomu z zewnątrz.
- Czy ty sugerujesz, żeby spróbować od wewnątrz? - Nem gwałtownie zacisnęła dłoń na ramieniu Kelly, jakby w akcie desperacji - Imhotepie, nieee...
- Co nie? - pomiędzy nimi wyrosła nagle głowa Arthura, rozglądającego się, jak po stoliku pingpongowym to w jedną to w drugą stronę.
- On chce od wewnątrz - Kelly i Nem palnęły jednocześnie

- Że co chce?! - w głosie Arthura pobrzmiało jednoczesne oburzenie, niedowierzanie i zazdrość.
Jak Winchester coś chciał, to zawsze dostawał. Jaka pochrzaniona metafizyka panowała na tym świecie, że jeden marudny kurdupel z niekończącym się żołądkiem miał wszystkie dziewczyny? Chyba nawet się to w jego winchesterowym móżdżku nie układało, jak wpieniał tym innych facetów. A przynajmniej Arthura. Pewnie, że Arthur też miał się i czym pochwalić, i kilku imion też nie pamiętał, bo sporo ich było. Co nie zmieniało faktu, że jako samiec czuł się niedowartościowany, kiedy nieświadomy swojego szczęścia Winchester pojawiał się w jednostce z głupawym uśmiechem dorżnięcia.
- Ty weź idź na jakąś terapię, stary - Arthur złapał obie dziewczyny za łokcie i obrócił wokół ich własnej osi - A wy się tak dajecie... - były zbyt oszołomione, żeby zaprotestować.
- O co mu chodzi? - Dean zamrugał parę razy, wpatrując się w odchodzące trio.
- Bo ja wiem - Sam wzruszył ramionami - Może nie zjadł śniadania.
- Hmmm - starszy Winchester zastanawiał się nad tym dłuższą chwilę, po czym z przekonaniem przytaknął głową - Fakt, mnie też głód czasem doskwiera - zignorował wymowne spojrzenie brata pod tytułem Czasem?!

- Dobra - Dean klasnął w dłonie - Jedziemy do jednostki. Trzeba sięgnąć po nowe zasoby... Myślisz, że Arthur pożyczy mi prochowiec?
- Po co ci prochowiec?
- Po informacje, to przecież jasne!
- Powiedzmy...

~ * ~

Jo tupała nogą niecierpliwie, czego szybko zaprzestała, kiedy Hetty zmierzyła ją spojrzeniem zza swoich grubych szkieł. Stażystka musiała od kwadransa stać w miejscu, ewentualnie przemieszczając się o kilka centymetrów, trzymając w dłoniach sporą misę z letnią wodą. Podczas gdy szefowa powolutku namaczała lnianą ściereczkę i przemywała nią liście bananowca. A robiła to dokładnie, ostrożnie i z pełną uwagą. Co oznaczało, że Jo będzie miała bananowy trening wytrzymałości. Nienawidziła tego chaszcza! Ale nie mogła go nijak tknąć, bo Hetty zrobiłaby z niej sushi. Nie wiedzieć czemu, odnosiła wrażenie, że malutka starsza pani była utajonym ninja. Niecierpliwiące było również, co zgraja jej przyszłych współpracowników a obecnych złośliwych przełożonych, wyprawiała na piętrze. Co jakiś czas słychać tylko było przekleństwa, wołanie o pomoc, albo pisk "Spieprzaj, jestem goła!" Hetty jednak nie reagowała, dopóki nikt nie strzelał. Odezwała się tylko gromiąco, gdy któraś z dziewczyn wrzasnęła:
- Winchester, wyjebię cię przez tę barierkę za nie powiem co!
- Proszę hamować swój język w miejscu pracy - Hetty podniosła głos, ale nie potrzebowała krzyczeć, by wszyscy ją usłyszeli i zamilkli - Czy tak trudno użyć sformułowania: Winchester, powieszę cię przez tę barierkę? Brzmiałoby i ładniej, i kulturalniej, a przekaz ten sam.
- Tak. Przepraszam! - odezwał się głos z góry - Winchester, powieszę cię przez tę barierkę za nie powiem co!

- Co oni tam robią? - Jo próbowała dostrzec coś na piętrze, ale pochowali się w zakamarkach sali i pryszniców, nic nie było widać.
- Panno Harvelle - Hetty łagodnie zwróciła się do niej, mocząc szmatkę w wodzie - Nasza praca czasami wymaga bardziej podstępnych środków działania. Oczywiście, często nasi łowcy posługują się kłamstwem czy, jak lubię to nazywać, nagięciem prawdy. Lecz bywa, że należy użyć więcej zewnętrznego wysiłku.
- Czyli... przebrać się? - nie była głupia, jednak sposób mówienia Hetty bywał oporny do rozszyfrowania przy pierwszym podejściu.
- Dokładnie - uśmiechnęła się lekko - Obecnie muszą działać wśród specyficznych osób, więc sami również muszą się specyficznie prezentować.
- Oni się przebiorą za postaci z komiksów - zarechotała z prawdziwym ubawieniem

No wreszcie jakaś akcja, dzięki której to ona z nich się ubawi. Szkoda, że aparatu nie mogła użyć... ale właściwie, to mogła! Nie do celów własnych, ale każdą akcję należało raportować. Można taki raport uzupełnić o pełne dane wykorzystanego sprzętu, w tym przypadku kostiumy, mające się przysłużyć osiągnięciu celu.

- Można by tak sporządzić opis wykorzystanej garderoby - zagadnęła szefową - Do raportu, rzecz jasna. Nigdy nie wiadomo, czy w przyszłości się nie przydadzą.
- Nie ma takiej potrzeby - Hetty popatrzyła na nią, ale coś przewrotnie błysnęło w jej oczach, po czym dodała - Ale sporządzić można... Aparat jest w szafce 2C.

Miska zachybotała się na biurku, pospiesznie odstawiona, kiedy blondynka długimi susami dopadła do szafki. Wstukała kod z pamięci i wygrzebała firmową lustrzankę. Jak dziecko, czekające na Świętego Mikołaja, stanęła na wprost schodów i czekała, wspinając się na palce. Po kilku minutach dało się słyszeć czyjeś kroki. Na szczycie schodów w półmroku pojawiła się męska sylwetka. Jo rozchyliła lekko usta, wgapiając w niego. Schodził powoli, trzymając początkowo ręce wciśnięte w kieszenie. Wydawało się, że wszystko robi się czarno-białe, jak w klasyce filmów noir. Mężczyzna postawił kołnierz szarego trencza, po czym przejechał dłonią po brzegu ronda fedory. Powoli podniósł głowę, a cień rzucany przez kapelusz odsłonił zielone, cętkowane brązowymi plamkami tęczówki i kilka piegów na policzkach.
- Tracy. Dick Tracy.

Nacisnęła guziczek nieświadomie i aparat z głośnym klik! błysnął fleszem, robiąc zdjęcie najstarszemu Winchesterowi w jego realizacji dziecięcego marzenia.

- Ciekawe, panie Winchester - Hetty spojrzała na niego znad wielkiego liścia, który właśnie przemywała - Nawet w komiksowej formie, jest pan detektywem.
- To moje powołanie - wyszczerzył się z typowym dla siebie winchesterowym tonem - Nosić broń, łapać bandytów, mieć romanse z tajemniczymi kobietami...
- I opryszczkę w mało tajemniczych miejscach - odezwał się ktoś z góry.
Obrócili głowy w kierunku zgrabnej kobiecej sylwetki, ostrożnie schodzącej w stożkowych obcasach. Były wyższe niż zwykle nosiła, bo i właściwie tak zwykle to ich nie nosiła. Kelly lubiła szpilka, ale miała niewiele okazji, by je zakładać. Bieganie za potworami nie sprzyjało ładnym botkom. Teraz wcisnęła stopy w urocze, choć zabójcze czerwone pin-upy. Obcisła ołówkowa spódnica też trochę ograniczała ruchy. Dopasowany żakiet w równie intensywnym kolorze indygo. Choć nie tak intensywny, jak świeżo wysuszone włosy po zetknięciu z płukanką.
- A ty kim jesteś? - Dean pomacał włosy Kelly, obecnie ogniście rude.
- Spadaj z łapami, Dick - błysnęła mu fleszem aparatu po oczach.
Dopełnieniem wyglądu w stylu lat 50' był aparat, skoro już miała się przebrać, to chciała być w komplecie dopasowana do swojej postaci.

- Mniemam - odezwała się Hetty - Że panna Moore prezentuje się, jako bardzo uparta i skuteczna reporterka, Brenda Starr.
- A i owszem - Kelly zalotnie odrzuciła lok rudych włosów - Nie czytałam nigdy komiksów, ale tę postać akurat znam i nawet lubię. Nie miała idiotycznych super mocy, tylko inteligencję i spryt.
- I boskie nogi - Dean przechylił głowę na bok, mierząc zadowolonym spojrzeniem długie, smukłe nogi.
- Mam prosty szew? - wykręciła głowę, próbując zobaczyć, czy z oryginalnymi pończochami wszystko w porządku.
- Co masz proste? - znał tylko szwy na ranach, a nie kojarzył, żeby jakiejś się ostatnio Kelly dorobiła.

- To ta linia, prowadząca do jej majtek - na moment zza barierki wyłoniła się głowa Nem, wydawało się nawet, że coś zabrzęczało, kiedy się ruszyła. Ale błyskawicznie znów zniknęła, zanim Kelly pokazała jej środkowy palec.
- Aha. No to jest prosta - Dean zatwierdził szew.

Jo pstryknęła im wspólne zdjęcie, na którym Dean się szczerzył, a Kelly starała się zachować kamienną twarz i jednocześnie oderwać jego rękę od swojego pośladka.

Kilka minut trwało, zanim na dół zbiegł Sammy. Właściwie niczym się nie różniący od swojego codziennego wyglądu. Miał dżinsy i koszulę, a na to zarzuconą marynarkę. W zasadzie jedyne, co go wyróżniało to okulary w rogowych oprawkach, w stylu lat pięćdziesiątych. Wszyscy zmierzyli go sceptycznie.
- A ty co? - Dean skrzywił się z politowaniem - Superpotężny nudziarz?
Sammy przewrócił oczami i sapnął. Bez słowa rozpiął kilka guzików swojej koszuli, pokazując niebieski podkoszulek pod spodem. Z czerwono-żółtym symbolem sławnego S.
- Clark Kent - Kelly zachichotała - Ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie biegasz w rajtuzach i pelerynie. Wiesz, byłbyś bardziej rozpoznawalny.
- Wstydzisz się fałdek tłuszczu? - Dean wyszczerzył się, chociaż w porównaniu do brata to on mógł mieć fałdki, a nie patykowata chudzina, nadająca się na wieszak.

- Uwaga, idę!
Zaskakująco, nie było to zawołanie Nem. W cieniu na szczycie schodów pojawiła się męska garniturowa postać. Sasha być może nie rzucała się w oczy swoją wielomównością, ale na pewno miała figurę wyższą i bardziej kobiecą. Nikt nie musiał odgadywać, że to Arthur. Z daleka wydawało się, że ma na sobie dobrze skrojony garnitur, ale kiedy zszedł okazało się, jak wiele więcej rzeczony garnitur ma w sobie. Prawa strona garnituru była zupełnie normalna, ciemnogranatowa prążkowana, za to lewa była wściekle purpurowa. Podobnie jak lewa strona twarzy Arthura. Kiedyś gładka skóra, teraz usypana czerwieniącymi się pęcherzami i sinymi zbliznowaceniami. A przynajmniej tak ucharakteryzowana. Włosy po tej stronie też miał bardziej zmierzwione.
- Uu, Dwie Twarze, nie? - Dean komiksów nie czytał, ale za to oglądał bardzo dużo telewizji. Batmana też oglądał. Głównie dla Kobiety Kot i Trującego Bluszczu, ale to i owo poza obcisłymi kobiecymi strojami zapamiętywał. Poza tym, na tej najnowszej produkcji o Batmanie to byli wszyscy w kinie. Co prawda nawiedzonym, ale byli.
- Tak, panie Tracy - Arthur podrzucił w dłoni mieniącą się monetę.

Ale nie mieniła się tak, jak to, co zaczęło schodzić po schodach w stukających obcasach. Długie blond włosy rozprostowane do granic, Kelly w życiu nie sądziła, że Sasha ma aż tak długie włosy! A chłopcy, że ma aż tak długie nogi. W wysokich aż po udo srebrnych kozaczkach, z wywijaną cholewką. Ze biało-srebrnym gorsetem, długimi białymi rękawiczkami. I tylko pomiędzy nimi przewijał się czarny materiał. Więcej, skóra pokryta drobinkami brokatu czy innego chemiku, niemal cała mieniła się na srebrno.

- Yyy, tego nie znam - starszy Winchester wygiął usta w podkówkę. Sasha wyglądała teraz, jak taka jedna anielica z jego snów. Tych cenzurowanych.
- Ja też nie - Sam, obecnie jednostkowy znawca komiksów też miał zagwozdkę. Kojarzyła mu się ta srebrna mieniąca się postać, szczególnie długie rozprostowane włosy. Ale nie mógł sobie za nic przypomnieć, kim była.
- Bo wy za wiela Rosjan w Amerykanskoje komiksy wciskacie - Sasha prychnęła z silnym rosyjskim akcentem - A ta - wskazała na siebie - Illyana Nikolievna Rasputina. Magik.
- Aaa, to z X Menów! - Sammy przypomniał sobie, ale inni nie podeszli tak entuzjastycznie. Kelly pacnęła palcem po policzku Sashy, a kilka kropeczek brokatu przylepiło się jej do opuszka. Który wytarła o marynarkę Sama.

Westchnęła na wpół dramatycznie na wpół zmęczona. Jak pomyślała, że będzie musiała wrócić do tej menażerii dziwolągów, a na dodatek w butach na obcasie się tam przemieszczać, odechciewało się jej. Zastosują Sashę, jako wabik, może pójdzie szybciej. A propos wabików...
- Gdzie u licha Nem? - rozejrzała się za ostatnim wybrykiem natury. Jeżeli wyskoczy ze skrzydłami nietoperza albo widłami diabła, niewiele zmieni w swoim naturalnym uroku.

Jak na zawołanie, coś u góry huknęło, ktoś zaklął, a coś zabrzęczało. Po kilkusekundowej szamotaninie, przeplatanej cichuteńkimi brzękami, wreszcie kroki skierowały się na schody. Kelly zajęta była wycieraniem palca, z którego nie chciał zniknąć brokat, więc nie zwróciła uwagi, jak trzech facetów przechyla głowy na bok. To było typowe, chcąc nie chcąc półsukkuba miała te swoje fluidy, za którymi facetom karki strzelały. Nie starała się ani trochę, a miała ich uwagę na baczność. Lepiej nie opisywać, co było, kiedy akurat się starała... Najpierw pojawiły się jej nogi, a potem reszta demonicznie kształtnego ciała. Miała na sobie obcisły, czarno-czerwony kombinezon, który chociaż pod samą szyję, to jakby odsłaniał wszystko. Była podobnie kolorystycznie podzielona, jak Arthur, lecz bardziej na krzyż. Lewą nogę i prawą część tułowia miała czerwone, a prawą nogę i lewą część tułowia czarne. Wokół szyi w girlandowym kształcie opływał kołnierzyk. Czerwone usta Nem kontrastowały z prostą czarną maską wokół oczu. Włosy zebrane miała w dwa wysoko upięte kucyki, wokół których przyczepieni byli sprawcy pewnych dźwięków - dzwoneczki.

- Fajnie mieć sukkuba w zespole - Dean westchnął, próbując zatuszować swoje ostentacyjne wgapianie w podkreślony obcisłą skórą biust.
- To akurat moja bajka - Arthur zadziornie poprawił dwukolorowy krawat, poruszył sugestywnie brwiami i podał rękę Nem - Harley Quinn, prawda?
- Lubiłam ją - brunetka oznajmiła nonszalancko, ujmując go pod ramię - Była pieprznięta.

- Oprawię to w ramkę - Jo zarechotała, pstrykając im zdjęcie znienacka.
Wyglądali teraz, co najwyżej, jak łowcy cukierków na Halloween.
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Niunia
Socjopatycznie beztroska


Dołączył: 02 Paź 2006
Posty: 2983

PostWysłany: Pon Mar 05, 2012 4:12 pm    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

nowa ankieta - wymowna Razz
_________________
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Komnata Hotaru Strona Główna -> Oh God, we're not gonna have to hug or anything, are we? Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group